|231|

Rozkładamy ręce i nogi, układ na rozgwiazdę, niepewnie oddajemy się niewinnie wyglądającym falom, woda odcina nas od dźwięków rozchodzących się ponad jej taflą, w głuchym kołysaniu jesteśmy
całkiem sami
czasem nerwowo podrywamy głowę, byle nie wchłonęły nas głębiny

Innym razem, na wysokości chmur, drepczemy odsłaniającą się stopniowo drogą – tak samo zresztą zamyka się za nami – ufamy wydeptanej trasie, choć tak naprawdę możemy jedynie wierzyć w dobry kierunek
stawiając stopy na stopniach z kamieni

***

tęsknię za wygniecionym chlebem tostowym i najtańszym obkładem
i namiotem targanym burzą (nie jest to nawet w połowie tak straszne jak odwiedziny ogromnych pasikoników, pająków lub innych stworzeń w naszym płóciennym domu)
za lodowatym strumieniem
absurdalnie ciężkim bagażem, dźwiganym wytrwale mimo wszystko
za winem w cenie 2 euro
kąpielami w słonej wodzie
za brakiem planu, prądu i mapy
i całkiem nietrafnym podążaniem za widokami z zakupionej pocztówki